Punktoza
Choroba naszych czasów
Polacy mają świetny neologizm, którego potrzebujemy też w języku angielskim: punktoza, czyli patologiczne uzależnienie od zbierania punktów w jakiejś arbitralnie ustalonej skali osiągnięć. Europejscy naukowcy aż za dobrze znają tę chorobę, bo mocno wypaczyła życie akademickie. Świetny artykuł w najnowszej Polityce poruszył wiele problemów, z jakimi boryka się sektor szkolnictwa wyższego w Polsce, a masowa epidemia punktozy jest jednym z głównych punktów na tej liście. Zarówno państwowe dofinansowanie uczelni, jak i pensje poszczególnych profesorów opierają się na skomplikowanych wzorach, co nadaje systemowi pozory obiektywności. Na przykład opublikowanie artykułu w czasopiśmie naukowym jest wynagradzane zgodnie z tabelą, która przypisuje prestiż każdemu tytułowi. Możesz sprawdzić swoje ulubione czasopisma klikając tutaj. Publikacja w renomowanych międzynarodowych czasopismach, takich jak The Journal of Modern History, przyniesie ci imponujące 200 punktów, czasopisma poświęcone studiom regionalnym, jak Slavic Review, dają 140 punktów, a nawet najbardziej prestiżowe polskojęzyczne publikacje, takie jak Kwartalnik Historyczny, dają zaledwie 100 punktów. Najmniej punktów dostają czasopisma mniej selektywne i/lub bardziej specjalistyczne, jak The Journal of the History of Sexuality (70 punktów), The Journal of European Economic History (40 punktów) czy Comparative Legal History (20 punktów). Naukowcy zdobywają też punkty za udział w konferencjach, jeszcze więcej, jeśli ich wystąpienie zostanie opublikowane w materiałach konferencyjnych. Te formuły są od czasu do czasu weryfikowane i aktualizowane. Prawicowy rząd, który sprawował władzę przed 2023 rokiem, zadbał o to, by publikacje nawet w najbardziej niszowych czasopismach katolickich otrzymywały maksymalną liczbę punktów, jednocześnie obniżając ocenę tematów i dziedzin, których nie aprobował.
Złożoność kwantyfikacji dorobku naukowego jest jeszcze większa na poziomie instytucjonalnym. Już sama podstawowa formuła przyprawia o zawrót głowy:
Nawet nie będę wyjaśniać, co oznacza każda z tych zmiennych – chodzi o złożoność samego algorytmu. A to tylko uproszczona wersja, gdzie każda litera oznacza sumę wielu czynników. Wystarczy powiedzieć, że przyznaje on różne punkty dla różnych typów studentów i wykładowców, przy czym (na przykład) zagraniczni wykładowcy dają uczelni pięć razy więcej punktów niż krajowi.
Ten system powstał, by rozwiązać prawdziwy problem. Polskie środowisko akademickie od dawna boryka się z klientelizmem i faworyzowaniem. Ludzie z odpowiednimi kontaktami mogli (i w pewnym stopniu wciąż mogą) awansować nawet przy słabym dorobku naukowym, a każdy, kto nie ma takich osobistych powiązań, napotyka bariery nie do pokonania. Zbyt często zdarzało się, że rodzice profesorów też byli profesorami. Niestety, lekarstwo mogło okazać się gorsze od choroby. Teraz moi polscy koledzy są zmuszeni pisać artykuły, nawet jeśli nie mają nic konkretnego do powiedzenia, i rozciągać każdy projekt badawczy na wiele publikacji. System punktowy za artykuły naukowe był odpowiedzią na wcześniejsze rozprzestrzenianie się „śmieciowych” czasopism, które za opłatą przyjmowały wszystko, co prowadziło do zalewu bezwartościowych publikacji. Takie czasopisma wciąż istnieją, ale naukowcy są coraz bardziej naciskani, by publikować w renomowanych czasopismach, które z kolei są zasypywane artykułami. Niedawne badanie wykazało wzrost o jedną trzecią tylko w latach 2025–2026. Rozpowszechnienie się „pisania” przez sztuczną inteligencję pogłębiło ten problem wielokrotnie, ale ta obawa sama w sobie wynika z presji, pod jaką znajdują się naukowcy, by publikować jak najwięcej.
Oczywiście hasło „publikuj albo zgiń” (publish or perish) istnieje od dawna, ale za tym ostrzeżeniem kryło się założenie, że takie teksty będą oceniane jakościowo przez kolegów z tej samej dziedziny. Większość amerykańskich uniwersytetów jak dotąd uniknęła najgorszych objawów epidemii punktozy. Na mojej uczelni zatrudnianie nowych pracowników i awanse rozpatruje się całościowo, a naukowcy z jedną przełomową książką i kilkoma świetnymi artykułami są szanowani tak samo (a nawet bardziej) jak ci z dłuższą, ale mniej znaczącą historią publikacji. Brak wymogu kwantyfikowania tego, czego nie da się zmierzyć, pozwala nam na indywidualną ocenę każdej osoby.
U podstaw tego problemu leży chęć nadania obiektywnego charakteru temu, co subiektywne. Systemy oparte na zaufaniu i decentralizacji często borykają się z niesprawiedliwością, uprzedzeniami i korupcją. Aby rozwiązać ten problem, przez ostatnie stulecie staraliśmy się zastąpić indywidualną ocenę mierzalnymi wskaźnikami. W dziedzinie polityki publicznej wprowadziliśmy analizy kosztów i korzyści dotyczące inwestycji państwowych i regulacji. W edukacji stworzyliśmy coraz bardziej skomplikowane systemy egzaminów, żeby oddzielić najlepszych od gorszych, i kazaliśmy nauczycielom rozróżniać uczniów zasługujących na piątkę od tych, którzy zasługują tylko na czwórkę. W gospodarce zaczęliśmy ufać wartościom rynkowym, jakby były prawdziwymi miarami wartości. To wszystko daje nam pewność i jasność, a także faktycznie trochę ogranicza korupcję. Ale nie aż tak bardzo, bo każdy szybko uczy się, jak poruszać się po tych systemach, odkrywając jak można nagiąć algorytmy, by osiągnąć pożądany wynik. Decydenci dostosowują wtedy systemy, czyniąc je bardziej skomplikowanymi i zwiększając nadzór. To niekończący się proces, bo zbyt wiele aspektów życia wiąże się z ocenami, którym po prostu nie da się przypisać punktów.
Weźmy na przykład procedury przyznawania nagród i grantów albo rekrutacji na konkurencyjne kierunki studiów. Komisja konkursowa może mieć tabelę ocen, w której przyznaje określoną liczbę punktów za takie rzeczy jak oryginalność, jakość projektu badawczego, znajomość dotychczasowych badań naukowych itp. Zasiadałem w wielu takich komisjach i choć dostrzegam praktyczną przydatność matryc w porządkowaniu myśli, nie mam złudzeń, że są one czymś innym niż subiektywnymi ocenami. W każdym takim konkursie znajdzie się kilka zgłoszeń, które z różnych powodów można odrzucić, ale niezmiennie jest o wiele więcej takich, które są po prostu świetne. Zadaniem komisji selekcyjnej jest więc rozróżnienie między różnymi rodzajami doskonałości. Kryteria tego rozróżnienia są nieuchronnie niejasne – nie z powodu braku rygorystycznej oceny, ale ze względu na sam charakter tego, co się ocenia. Ci, którzy przegrywają w takich konkursach, czują się, jakby zostali osobiście odrzuceni. Zbyt dobrze wiem, jak to jest dostać e-mail zaczynający się od „z przykrością informujemy, że…”. Ale za kulisami komisja selekcyjna niekoniecznie kogokolwiek odrzuca – po prostu jest zmuszona wybrać tylko jednego zwycięzcę spośród wielu, którzy mogliby wygrać. Gdyby konkurs powtórzono z innym jury, nagrodę lub miejsce na studiach mógłby otrzymać ktoś inny. Nie jest to problem, który da się rozwiązać za pomocą bardziej rygorystycznych procedur; odzwierciedla to raczej nieokreśloność całego przedsięwzięcia.
Kulturowo pociągają nas historie, w których bohaterowie pokonują złoczyńców. Intelektualnie podziwiamy naukowców, którzy potrafią ustalić właściwą odpowiedź na pytanie i odrzucić błędne hipotezy. Moralnie cenimy wyraźne rozróżnienie między cnotą a grzechem. Mistrzostwa Świata w piłce nożnej pokazują, że wszyscy lubią współzawodnictwo, w którym można jednoznacznie ustalić zwycięzców i przegranych. Te preferencje nie służą nam jednak dobrze, gdy chodzi o ocenianie poszczególnych osób czy tworzenie polityki publicznej. Życie to nie mecz piłki nożnej i nie powinniśmy próbować ustalać, kto zasługuje na puchar. Tworzenie polityki to nie zadanie matematyczne i nigdy nie będzie jednego rozwiązania, które sprawdzi się w każdym kontekście.
Jak już mówiłem, problemy, do których rozwiązania te systemy miały służyć, były prawdziwe. Jedyna rzecz gorsza od punktozy to klientelizm. Zamiast odrzucać biurokratyczne systemy oceny, musimy budować systemy, które rozpoznają, kiedy coś da się zmierzyć, a kiedy nie. Sugerowanie, że artykuł w Slavic Review jest dokładnie o 30% mniej wartościowy niż artykuł w The Journal of Modern History, jest śmieszne. To nie jest obiektywna ocena; to głupie, nadmierne uogólnienie ukryte za liczbą. Zamiast algorytmów potrzebujemy zaufania do wiedzy eksperckiej i zdecentralizowanych struktur władzy, nadzorowanych dyskretnie, ale autentycznie. Historycy powinni oceniać prace innych historyków, a biolodzy – prace innych biologów, kierując się standardami, które każda społeczność uzna za właściwe. Wyższe organy powinny weryfikować te decyzje, by upewnić się, że istnieją procedury zapobiegające nepotyzmowi i innym formom korupcji, ale nie powinny unieważniać ocen jakościowych.
Takie systemy nigdy nie są idealne, bo są tworzone przez ludzi. Ale o to właśnie chodzi. Oprócz szacunku dla zdecentralizowanych społeczności ekspertów musimy też zdawać sobie sprawę, że wyniki takich procedur nie są i nie mogą być ostatecznym rozstrzygnięciem o wartości. Ostatecznie punktoza jest nieunikniona w merytokracjach, gdzie stawka jest wysoka, więc musimy wyjść poza samą ideologię merytokracji i uznać, że ludzkość nie dzieli się na zwycięzców i przegranych, godnych i niegodnych. Nie możemy i nie powinniśmy eliminować bodźców ani konkursów, a także nie możemy chronić ludzi przed rozczarowaniami i triumfami. Możemy jednak dążyć do świata, w którym konsekwencje będą miały znacznie mniejsze znaczenie egzystencjalne niż obecnie. Gdy to zrobimy, stworzymy poczucie bezpieczeństwa potrzebne do odrzucenia fałszywej iluzji kwantyfikacji.



Easy fix: give it to the AI (joke)